domek

5/31/2019

Mija rok od kiedy nikt mnie nie zdradza. Od kiedy sama (lub z przyjaciółmi) radzę sobie ze wszystkim. Cóż za wspaniała okazja do radości.

Rok temu nie byłam w najlepszej formie. Zmierzyłam się z najtrudniejszą przeprowadzką w życiu. Przeprowadziłam się do kawalerki po babci przyjaciółki i musiałam sobie zorganizować to miejsce.

PRZED:









W pierwszej kolejności najważniejsze było dla mnie zrobienie pokoju. Plan był prosty:
- wynieść wszystko, co się da
- pomalować wszystko, co się da
- upchnąć wszystkie moje duperele, gdziekolwiek się da
- zrobić wszystko za bezcen, bo w sumie mam na co wydawać pieniądze

Nie było łatwo, ale zleciało się wielu dobrych ludzi chętnych do pomocy, za co jestem wdzięczna tak mocno, że chce mi się wyć do tej pory z tejże wdzięczności. Ktoś pomógł kupić i przywieźć farby, ktoś inny malować, ktoś inny poprawiać malowanie :D cudni ludzie.





Postanowiłam wykorzystać część mebli, które były w pokoju. Dlatego jednego wieczoru szlifowaliśmy i malowaliśmy meble, jednocześnie malując na biało żółte ściany.  Meble pierwotnie pomalowałyśmy w hipsterskie kolorowe trójkąty, bo w internecie ładnie wyglądało coś takiego. Następnego dnia (jak wytrzeźwiałam) okazało się, że nasze trójkąty są dalece rozbieżne z internetowymi więc przemalowałam meble na jeden kolor.

Wywaliłam z pokoju wykładzinę, wersalkę fotele, pufy, ławę, oszkloną witrynę i stolik pod TV.
Z całego mieszkania wywaliłam firany, zasłony, etc. Wszystkie żyrandole wymieniłam na jakieś najtańsze z ikea. 

Potem przyjechała Mama i przez dwa kolejne dni przemalowywała sufit w łazience z pomarańczowego na biały, a ja zajęłam się rozpakowywaniem rzeczy. To okazało się najtrudniejszą częścią. Mimo, że podczas pakowania była ostra selekcja, to i tak zabrałam dużo dupereli, które ostatecznie wywaliłam (np. ramki razem ze zdjęciami)

Po kilku dniach doszłyśmy do jakiegoś ładu i dało się zauważyć pierwsze efekty PO:

Telewizor wylądował na mojej półce z palety, kanapa z olx za 100zł, posłanie Zoi, przemalowane meble, moje biureczko, stolik i krzesło z poprzedniego mieszkania. 






Kuchnię olałam na jakiś czas. Wzięłam się za nią po kilku miesiącach chyba dopiero. Po prostu któregoś dnia wstałam i pomalowałam. Resztką farby białej do drewna trochę odświeżyłam stół i szafę pod oknem. Farbą do płytek pomalowałam (oczywiście na biało) kafle, tapetę zwykłą szarą farbą. Obrusy, zasłony, firany - wywaliłam. Dorzuciłam kilka kwiatków, poduchy na krzesła z biedronki. Ponieważ kawalerka jest na parterze uznałam, że jednak coś w oknach trzeba powiesić, dlatego mam w nich roletki z ikea, 12zł sztuka. 

Kilka miesięcy później w kuchni wymieniłam też gumolit. Nie dlatego, że z poprzednim było coś nie tak - po prostu Zoi się nie podobał więc wygryzła w nim wielkie dziury. 

Na szczęście mieszkanie było wyposażone, nie musiałam się martwić o lodówkę, pralkę itp. 




Ale jak wiadomo, dom jest jak żywy organizm - ciągle się zmienia. Posłanie psa z palety musiało się przeprowadzić do piwnicy. Zastąpiłam je klatką kennelową - zajmuje więcej miejsca, ale zaprawdę zaprawdę powiadam Wam, to są najlepiej wydane dwie stówy w moim całym życiu. Spokój jest bezcenny. W międzyczasie kupiłam Wigry 3 i trzymałam je w mieszkaniu, ale kwiaty i klatka ostatnio wyparły do piwnicy także Wigry. 
Doszło kilka elementów, dzięki którym czuję się jak w domu. Kilka ramek z różnymi rzeczami, kilka światełek, dużo sierści wszędzie. Brakuje mi mojego balkonu, ale pelargonie i lawendę trzymam na parapecie na oknem i póki co nic nie zwiędło (wish me luck). 





















Jestem naprawdę zadowolona z tego mieszkania. Jak się podoba? ;)

1 komentarze

  1. Bardzo mi się podoba. Jak na małe koszty, wszystko wyszło naprawdę super. Dziś moda na minimalizm, pozwala niewielkimi kosztami zmienić wiele.

    OdpowiedzUsuń